Relacje

Bałtyk- Bieszczady Tour 2010

czyli jak pokonać 1008 km - relacja Macieja Kozłowskiego

Zimowy Mazovia w Mrozach 2010

Jak wrócę to miałem się odezwać do Maria jak mi poszło:
-ten syf na mojej twarzy powinien mówić wiele
-ty na leśnym rowerze koniec świata …

Relacja dopiero po kilku dniach… chyba dziś jest środa ale pewien nie jestem… generalnie ostatnie słowa przed startem ograniczały się do „nie połam się” „może dać Ci kanapki” i inne słowa otuchy, w końcu Karol i Mateusz znają moje legendarne umiejętności technicznej jazdy, ale może od początku.
8:33 byłem już na PKP w Siedlcach, kupiłem bilecik i udałem się na peron obwieszczając wszystkim przyszłym współpasażerom że nadchodzę… bloki od spd dały ładny koncert. Na pociąg oczekiwali już Mateusz i Zygmunt. Tajczi pyknął kilka słitaśnych fotek [do obejrzenia w galerii], flirt przybył to się załadowaliśmy, bo w końcu tak było nieco cieplej. 8:44 ruszyliśmy, w Siedlcach Zachodnich czekał Karol. Wsiadł do pociągu i w komplecie mogliśmy dalej w spokoju rozmyślać co to będzie o 11. Start i biuro zawodów tradycyjnie w Szkole w Mrozach. Obsługiwała mnie niejaka Paulina, troszkę zamotana, dała numer, czipa, zipy i życzyła powodzenia nie kasując ani grosza… ale że była sympatyczna i dość urodziwa to przypomniałem że będzie manko w kasie jak sobie pójdę … potem nastąpiło montowanie numeru, czipa pokręciliśmy się to tu to tam z Karolem i Mateuszem. Tak koło 10:00 polecieliśmy z Karasińskim obadać początek trasy. To co ujrzeliśmy- a może raczej poczuliśmy pod kołami- zaniepokoiło nas, szklanka niesamowita, wjeżdżamy do lasu a tu chlup, śnieg z lesie już zaczynał być bardziej kopny niż jezdny. Przejechaliśmy 1km a już mieliśmy dosyć. Wróciliśmy na start i biadolenia na warunki niebyło końca. Jedyne co pozostało to ustawić się na starcie-ostatni sektor- i oczekiwać na egzekucje. 11:10 ruszyliśmy. Pierwsze metry na szczęcie już się roztopiły. Wpadam do lasu a tu widzę ludzie zamiast jechać spacerują, no to musiałem uczynić tak samo, starałem się biec ale w szosowy nie jest to łatwe…
…Halo halo jest tam ktoś? Żyjecie jeszcze?... Pewnie sobie już poszliście nie wytrzymując tych moich grafomańskich wypocin, lecz spoko loko, już po malutku kończę. Samą trasę świetnie ujął kolega Zapał z Leniwce.pl „No więc było tak: start, zakręt, spacer, jazda, spacer, jazda, gleba, spacer, spacer, jazda, gleba, spacer, bufet, jazda, spacer, gleba, gleba, spacer, jazda. Na rozjeździe już mi się nie chciało i pojechałem na fita, zresztą jak wszyscy poza Krzyśkiem” O trasie chyba więcej nie trzeba. Karol po 1km uznał że już go ręce bolą. Sam nie wiem poco ja do tych Mrozów pojechałem. Wiecie co? Nie chce mi się już pisać, było więcej ale cenzura wycięła sporo tekstu. Niech fotki przed i po starcie pokażą jaki się zmęczyłem w tym czymś śniego podobnym.

Pęgos


Relacja z Tour de Kraśnik 2009

Pewnego słonecznego dnia zaglądam sobie na pewną stronkę, ujrzałem na niej fotki z wyścigu Tour de Kraśnik, zagadałem do Maria i pojechaliśmy. Mateusz z Maćkiem również pojechali, ale dzień wcześniej. Ten pierwszy nic o tym nie wiedząc, że ja jadę nastawił się na brak konkurencji … niezłą musiał mieć minę jak zadzwoniłem że jesteśmy już na starcie i się zapisujemy… i tu było kilka znanych kolarzy. Pan Maj, Banaszek Team z Panem Dariuszem na czele. Sporo ludzi przyjechało, tak około siedemdziesiątki. Przed startem pojechaliśmy z Mariem obadać rundę. Wydawała się być sympatyczna. Start poszedł gładko, od razu jakoś tak się znalazłem w top 15 i się leciało, choć na pierwszych kilometrach walka o miejscówkę wydawała się być ostra. Skoki, śmoki i inne triki ameryki…. Starałem się pilnować jednego przeciwnika, tak na oko wyglądał na dobrego zawodnika, na 2km przed podjazdem wyskoczył z peletonu no to długo się nie zastanawiając dołączyłem do niego z myślą o tym że koledzy z innych kategorii nie będą nas gonić bo po co, a z naszej niewielu było takich co pociągnie peleton. Chyba tylko z 1km razem przejechaliśmy a peleton już siedział nam na kole zakręt 90* i prawie wypadłem z drogi… teraz to już tylko była walka o przetrwanie bo skok mnie sporo kosztował a tu się szarpanina na podjeździe szykowała. Z top 5 na początku spłynąłem na sam koniec już mocno wyszczuplałego peletonu. Nie sądziłem że noga taka słaba bo chyba za wiele z siebie dałem i potem jakieś 10km to walka o przetrwanie na końcu peletonu. W końcu dałem sobie spokój, poczekałem na kolejną grupkę i jechaliśmy sobie początkowo w sześciu. W tej grupce był Maciek i było trzeba mu pomóc ograć ludzi z jego kat. bo akurat się trafiło trzech. Szarpałem skakałem, bujałem ale nie dałem rady zerwać jednego gościa który nie dawał zmian. Prowadząc na podjeździe starałem się tak robić aby Maciek mógł zachować siły na ogranie opitalacza, lecz ten akurat zaatakował. Poleciałem za nim aby nie dać mu wygrać małego wyścigu Mario przyjechał w peletonie, Mateusz się wycofał Wracając z od Maria z Adamowa lekko mnie deszczyk ochłodził. Wyścig organizacyjnie na 3,5; noga w miarę podawała lecz jak zwykle w głowie opanowania zabrakło… nowe przemyślenia, wnioski, powrót do treningów… ku chwale ATS

Pęgos


Opis wyścigu w Skierniewicach

Tańczący dziurami. Wyścig w Skierniewicach zapowiadał się ciekawe, lecz już pierwsze kilometry pokazały gdzie jest moje miejsce w peletonie. Jechałem w kat.0, puścili zerówkę, jedynkę, dwójkę i trójkę razem jako open. Na starcie spotkałem kilka znanych łydek. Pan Maj, Sylwus, Pan Chądzyński, kilku OLSH’ów i jeszcze tak pi razy drzwi pięć znanych rowerów się pojawiło w peletonie… no i oczywiście Mario z którym przybyłem. Miejsce startu i mety było dość ciekawe, przy sztucznym jeziorku. Naszukaliśmy się tego uf… ledwo zdążyliśmy. Pierwsze kilometry były wąskie, kręte, niezbyt szybkie. No i to się dość szybko zmieniło wraz ze stanem nawierzchni. Drga wyglądała tak ze jadę sobie jadę w dziurze i nagle wyskakuje 2cm asfaltu … wytrzęsło mnie nieziemsko, w kumulacji z masą zwolnień z 50km/h do 15 i po zakręcie znów 50km/h to musiało się zakończyć jakimś nieprzyjemnym incydentem. Moje plecy niewytrzymały i powiedziały papa. Jakoś nagle z jazdy w peletonie moja moc w nogach zredukowała się do 33km/h i stałą się samotna. I powiedziałem sobie, kiszka, no to będzie abandonie, pod koniec rundy zjechałem z trasy i wróciłem na miejsce startu. Czekałem troszkę czasu, już sporo zawodników wpadło na metę, a Maria niebyło widać… w końcu postanowiłem pojechać sprawdzić gdzie on jest i akurat wjeżdżał na metę. Jemu również trasa i przeciwnicy dali się we znaki. Imprezę organizacyjnie oceniam na 4, asfalt 2, przeciwnicy 5. Nawet te 40km mnie tak wymęczyło ze w pociągu od razu zasnąłem.

Pęgos